Zdaniem Szczęśniaka: W obronie plastikowych słomek
Kiedy moja córka przyniosła do domu podręczny pojemnik na napoje z wystającą z niego stalową "słomką", aż mną wstrząsnęło. Widok zimnej, morderczej stali wystającej z kubka, zamiast ciepłego i miękkiego plastiku - nie jest przyjemny. Odważyłem się zapytać: czemu tego używasz? Usłyszałem pełne młodzieńczej wyższości wobec starych dinozaurów stwierdzenie: plastikowe słomki zaśmiecają świat. No dobrze, a wiesz, że taka stalowa rurka to idealny zbiornik bakterii i zarazków? No i doigrałem się :) - Jakiś niedzisiejszy jesteś - fuknęła i skryła się w swoim pokoju.

Kiedy bowiem bogaty świat nie miał już gdzie upychać swoich śmieci, zaczęła się "wojna z plastikiem", jedna z licznych utarczek, kształtujących branżę energii, globalne trendy ekonomiczne, a nawet zachowania społeczne. Ruszyła globalna kampania, która wciska nam do głów nową tezę: plastik jest śmiertelnie niebezpieczny.
Do Polski już dotarły pierwsze odgłosy walki - zakazy używania torebek jednorazowych, przepisy uniemożliwiające sprzedawcom samodzielne zaproponowanie foliowej torebki itd. itp. Skończyło się jak zawsze - nałożeniem podatku na zwykłych zjadaczy chleba, którym obojętne jest czy to się nazywa "opłata recyklingowa" czy "podatek od oddychania" - efekt jest ten sam – konsumenci dorzucą się do podatków kolejny miliard rocznie. Ceny będą wyższe, ale przecież już tego przywykli - pod dystrybutorem też zrzucają się na nowe modele elektrycznych samochodów. Tam dwa miliardy, tu miliard... Jak to mówiła moja babcia, biednemu zawsze wiatr w oczy.
No dobrze, podatki rzecz nie do uniknięcia, ale dlaczego chcą nam odebrać plastikowe słomki do napojów? Czym one zawiniły?
Zawodowym działaczom środowiskowym z wielkich korporacji ekologicznych typu WWF, Green Peace czy ClientEarth - takie trendy to miód dla ucha. Płyną nowe zamówienia (wraz z pieniędzmi oczywiście) na szerokie akcje promocyjne, gdzie jak wcześniej straszono nas wszechobecnym CO2 (pokazując parę wodną wydobywającą się chłodni kominowych elektrowni), czy strasząc "morderczym smogiem" (pokazując zwykłą mgłę nad miastem…). Tak teraz widzimy plastikowe odpady pływające w morzach i oceanach świata oraz biednego żółwia, któremu plastikowa słomka utknęła w nozdrzach. I wiele innych emocjonalnych przekazów, skutecznie kształtujących młodych ludzi epoki memów. Tak więc chwytają, jak moja córka, za stalową rurkę zamiast plastikowej słomki, w odczuciu że pomagają ratować planetę przed kolejną apokalipsą, tym razem ze strony tej strasznej chemii, która zaśmieca cały świat.
Problem w tym, że ci, którzy mają środki na zalanie nas swoim piarowskimi komunikatami, nie mówią całej prawdy, a raczej tylko jej niewielką część, pomijając rzeczy istotne, a nawet fundamentalne. Choćby to, że te zwały plastiku w oceanach nie pochodzą ani z Europy czy Ameryki, ale z Azji i Afryki. Nie jest to więc problem używania (bo rozwinięty świat zużywa ich nieporównywalnie więcej), ale zbierania i utylizowania odpadów.
A co najważniejsze - ignorują użyteczność produktu. Plastikowe słomki to świetny wynalazek - leciutkie, septyczne (nie jest przechowalnią zarazków), wymagające znacznie mniej energii do wyprodukowania i transportu niż ich surogaty, nawet po uwzględnieniu ich jednorazowości. I co najważniejsze – doskonale służą swojemu celowi.
Oczywiście można się wzruszać żółwiem, ale gdy popatrzyłem na tę metalową "słomkę" w ręku mojej córki, to mając wiele lat doświadczeń w organizowaniu ludziom pracy i minimalizowaniu zagrożeń - zadrżałem cały. Przecież to jest bardzo niebezpieczne narzędzie, tym można zabić i samemu się też okaleczyć. Gdy później przeczytałem o wypadku, jakiego doznała Angielka Elena Struthers-Gardner, osoba na wózku, która przez tragiczny zbieg okoliczności wbiła sobie taką metalową rurkę w oko i umarła, to wiedziałem, że mój instynkt mnie nie mylił. Mógłbym złośliwie i cynicznie powiedzieć: wojna z plastikiem przynosi pierwsze śmiertelne ofiary.
Promotorzy tych trendów, szukający wciąż nowych przewag konkurencyjnych, tak jak wielka amerykańska sieć kawiarni Starbucks, nie mogła jednak przejść do porządku dziennego nad takimi wadami nowego "trendy" produktu. Musiała się wycofać z tej ekologicznej nowinki z prostej przyczyny, choć już nie tak przerażającej - dzieci kaleczyły sobie język używając tego wynalazku.
Nasze życie zmienia się niezwykle szybko, wręcz na naszych oczach. Nasze dzieci żyją w zupełnie innym świecie, niż my się wychowaliśmy. To zasługa ludzkiej dociekliwości i szybkiego polepszania świata przez nowe technologie. Na tej wspaniałej drodze czasami tylko jacyś działacze chcą zmienić nasze życie według swoich idei. Niestety, na gorsze. Ale to tylko drobne wpadki na tym "najlepszym z możliwych światów". Na nim rządzi przecież theoria cum praxi, a nie sama teoria.
Komentarze